Alex Urbanowicz celnie odpowiada Wojciechowi Orlińskiemu

Nie skomentowałem dotąd głośnego wywiadu Wojciecha Orlińskiego pod tytułem „Po jaką cholerę było mi to całe dziennikarstwo?”. I dobrze, bo nie byłbym w stanie zrobić tego równie dobrze jak Alex Urbanowicz. Wskazuje celnie, że Orliński ułatwia sobie argumentację, jako przykład „mediów internetowych” podając te pasujące mu pod tezę: Kominka, Segrittę, Fashionelkę czy Kasię Tusk.

„Argument równie dobry jak czepnięcie się, że w agorowskich Logo czy Avanti nie będzie nic o zmianach w polityce wewnętrznej RPA po śmierci Nelsona Mandeli” – pisze Urbanowicz.

Pełna zgoda. Nawiasem mówiąc, Kominka i Segrittę lubiłem gdy ostro i dowcipnie pisali o sprawach damsko-męskich. Teraz udają celebrytów,  jeżdżą samochodem sponsora na Węgry, albo opisują wrażenia z wycieczki na stadion Legii.

Wydanie jednego numeru czasopisma drukowanego jest bardzo drogie, Urbanowicz wspomina o zwykłym fanzinie kosztującym kilka tysięcy złotych i wymagającym zaangażowania wielu osób. Ja pamiętam pracę na raportem o lojalności klienta, który postanowiliśmy wydać w formie drukowanej, w efekcie koszty i skomplikowanie projektu wzrosły wielokrotnie a rentowność mocno spadła. Na jednej z ostatnich konferencji o public relations i mediach , doświadczony manager stwierdził, że gdyby ktoś chciał założyć tygodnik opinii (który i tak jest dużo tańszy niż dziennik) potrzebuje na to około 3 mln zł.

Jedyne z czym trudno się zgodzić, to znaczenie kontrolnej roli mediów. To że dziennikarstwo śledcze jest bardziej wyjątkiem niż regułą i relatywnie stanowi niewielki promil wszystkich przekazów medialnych docierających do czytelnika, nie ma znaczenia. Interes społeczny jest ogromny! I nie musi to być od razu coś na skalę Watergate.

„(…) kiedy Józek Lokalny Dziennikarz w swoim „Głosie Gminy” napisze, że wójt bierze łapówki, raczej nie może się spodziewać że największa firma w okolicy, prowadzona przez szwagra wójta dalej będzie zamieszczać u niego reklamy. A bez nich Józek nie będzie miał pieniędzy na drukowanie „Głosu”” .

Pan Józek ulegnie naciskom, ale Pan Jurek z sąsiedniego powiatu nie, i opublikuje tekst. Dziennikarz mam obowiązek, czas i środki żeby popytać, podzwonić, podrążyć, ukazać sprawę z różnych punktów widzenia. Bloger piszę to na co mam ochotę, nie robi żadnego researchu – i ma rację bo nikt mu za wytworzoną treść nie płaci. Przykładem reportaż interwencyjny TVN ze Świeradowa-Zdroju, którego władze, z oszczędności, spuszczają szambo do lokalnej rzeki. Temat drobny, ale czy jakiś bloger miałby możliwości żeby kilka dni kręcić się po peryferyjnym miasteczku na Dolnym Śląsku, żeby zamówić prywatną firmę z szambowozem sprawdzającą nielegalne przyłączenia nad rzeką, i żeby podzwonić do urzędników? Nie ma nowych mediów, które byłyby tak skuteczne demaskowaniu lokalnych przekrętów, jak choćby Jerzy Jurecki z niewielkiego „Tygodnika Podhalańskiego”.

Inwestycja w gazetę jest zakładnikiem reklamodawców, napiszesz coś co się nie podoba, reklamodawca wycofa reklamę, nie zagwarantujesz że nie napiszesz czegoś co godzi w czyjeś interesy, czasopismo nie zostanie przyjęte do dystrybucji.

Po pierwsze, bloger krytykujący markę tym bardziej ulegnie naciskom (pisał o tym „Press” kilka miesięcy temu) bo jest sam, nie ma żadnego oparcia w redakcji. Media coraz częściej ulegają naciskom reklamodawców, pomóc może wzrost wpływów z subskrypcji elektronicznych. W nowym modelu, który wdrożył „New York Times” wpływy od subskrybentów przewyższają te od reklamodawców. Wiem, że Polska to nie USA, a „GW” to nie „NYT”, to trochę myślenie życzeniowe, ale i jakaś nadzieja na przyszłość.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Media i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.