Głośno ssący dźwięk Espresso

capture-20130303-221138Do napisania tej notki skłoniły mnie dwie rzeczy, pozornie ze sobą niezwiązane. W Najpierw liczby: w 2012 roku przychody na polskim rynku książki spadły nieznacznie, o ok. 2 proc., osiągając poziom 2,66 mld zł. Był to jednak kolejny rok spadku przychodów, a wartość sprzedaży jest na poziomie niewiele wyższym niż w 2007 roku w wartościach nominalnych. Inflacja w 2012 roku wyniosła, według danych GUS, 3,7 proc., a więc realny spadek to blisko 6 proc. Druga rzecz to  hit ostatnich dni, prezentacja Jacka Walkiewicza, który wspomina, że marzeniem które udało mu się zrealizować było otwarcie własnej, niedużej księgarni psychologicznej. jaka będzie przyszłość rynku książki? Intuicyjnie dominuje przekonanie, że skoro następuje spadek sprzedaży, skoro czytamy coraz mniej to może książka w obecnej postaci zniknie. Będziemy czytali tylko krótkie teksty na ekranach tabletów, komórek i komputerów?

 
To byłoby jednak zbyt proste, rzeczywistość jest bardziej kontrintuicyjna. Na targach książki są tłumy, podobnie na giełdach z używanymi książkami i w Empiku przed Świętami. Książki nie znikną, zmieni się tylko biznes wydawniczy, jak każda branża obiegu informacji w której postęp technologiczny sprawia, że nadawcą informacji może być każdy. Niektórzy przyrównują go do głośno ssącego dźwięku wysysającego koszty, ale i pensje, inni do powodzi, która powoli zalewa cały dom. Pod wodą są pokoje zajmowane przez wydawców muzyki, którzy od dawna muszą szukać teraz innego schronienia (czyt. sposobu na zarabianie). Podmywani wydawcy gazet, nerwowo rozglądają się za cyfrową szalupą, choć wiadomo, że wszyscy na pewno się do niej nie zmieszczą. Księgarze zajmowali wyższe piętra, które na razie są suche – w przypadku książki, w przeciwieństwie do muzyki, wersja drukowana wciąż ma przewagę nad tą w postaci pliku ściągniętego na dysk komputera. Oczywiście niektórych wydawców, choćby tych od encyklopedii,  zalało wcześniej ale generalnie drzewa przerobione na karki papieru wciąż mają długi czas życia, rewelacyjną rozdzielczość no i są przenośne. Łatwiej wziąć do tramwaju czy pociągu książkę niż tablet, nie mówiąc o laptopie. Tyle, że woda w końcu dojdzie i do nich. Nie oznacza to, że ludzie przestaną czytać. Nie! Będą czytali więcej niż kiedykolwiek, tylko bez pośredników między pisarzem, a czytelnikiem, którymi są wydawcy.

 
Głośno ssący dźwięk wydaje choćby Espresso Book Machine, okrzyknięte wynalazkiem roku przez tygodnik „Time”. Jak działa? Wyobraźmy sobie, że początkujący specjalista od marketingu pozazdrościł tym bardziej doświadczonym i postanowił wydać książkę. Normalnie musiałby znaleźć wydawcę, który doceni jego przemyślenia. Zamiast tego przynosi do księgarni pendrive’a z plikiem, a maszyna EBM drukuje książkę w kilka minut, razem z kolorową okładką, skleja i wypluwa do koszyka. Znajomi owego specjalisty z drugiego końca Polski, chcąc mieć jego książkę idą do księgarni, księgarz (a raczej pracownik obsługujący EBM) pobiera ją z bazy danych  i drukuje kilka egzemplarzy. Dla klientów same korzyści: wyeliminowanie wydawcy sprawia, że jest taniej, a fizyczna książka jest łatwiejsza do czytania niż tablet, który potrzebuje baterii, połączenia do internetu etc. Maszyna podłączona do bazy danych może zaoferować miliony książek.

 


Z łańcuszka osób które zarabiają na drodze pomiędzy pisarzem, a ostatecznym klientem, wypadają wydawca i drukarz. To nie koniec: wypadają też drukarz, składacz tekstu czy magazynie – pisze Jacques Drillon w „Le Nouvel Obserwateur”. Twórcy będą sami wydawali swoje książki, często nie martwiąc się o korektę czy odpowiednio atrakcyjny projekt okładki. Działalność wydawnicza zejdzie na coraz niższy szczebel: większość autorów książek, tak jak większość blogerów, będzie znana tylko garstce najbliższych znajomych.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Media, Trendy i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Głośno ssący dźwięk Espresso

  1. Chris pisze:

    Po pierwsze nie każdy może być autorem książki. Warto tę krótką myśl powtarzać jak najczęściej.
    Po drugie. Wydawca jest niezbędny, choćby po to, by proces produkcji, druku i dystrybucji zmonetyzować, dając autorowi czas i spokój potrzebny do pisania, a konsumentowi dostarczyć DOBRZE przygotowany produkt.
    Po trzecie. Do lamusa czas odłożyć przekonanie, że usunięcie ogniw pośrednich wpłynie na cenę. Ono jedynie przesunie środki do innych ogniw, bowiem nikt przy zdrowych zmysłach, mając określony popyt, nie obniży ceny (wystarczy spojrzeć na ceny plików muzycznych. CD w postaci fizycznej kosztuje 12-15 dolarów. Piosenka cyfrowa kosztuje 1 dolara).
    Po czwarte. Print on demand jest i jeszcze długo będzie wielokrotnie droższe niż klasyczna drukarnia. Proponujesz zatem rozwiązanie, które podniesie cenę książki…

    • Jakub Müller pisze:

      @Chris, nie każdy może być autorem dobrej książki, która jest porządnie napisana, składna i choćby minimalnie odkrywcza. Tak było do tej pory bo wydawcy zapewniali sito, przez które większość autorów nie przechodziła. Ci którym się to udało zapewniano czas i spokój na pisanie – pełna zgoda. Zmiana technologiczna przynosi inflację pojęcia autor. Każdy będzie mógł być autorem książki, ale status ten nie będzie znaczył tyle co dawniej. Tak samo jest na rynku mediów. Kiedyś opublikowanie tekstu (np. w gazecie) wymagało umiejętności, wiedzy, nazwiska. Weryfikowali to redaktorzy. Dzisiaj każdy może wrzucić tekst na bloga. Chris, naprawdę nie widzisz ilu specjalistów pisze dzisiaj denne, wtórne książki (formalnie są więc autorami) po to, żeby się wypromować?

      Idąc tym tropem, usunięcie ogniw nie wpłynie na cenę treści dobrych – w tym przypadku książek dobrych – pozostałe będzie można mieć za darmo albo prawie za darmo. Na tej samej zasadzie, artykuły o polityce w cyfrowym tygodniku „Polityka” nie są tańsze niż kiedyś. Za to artykuły blogerów politycznych można mieć za darmo. A że jakość tych ostatnich marna, to inna sprawa.

      Nie wiem jaka będzie cena print on demand, ale czy ceny technologii spadają? Pamiętam, że w latach 90. biznes piracki na giełdach prowadzili Ci mający nagrywarkę płyt CD, która wtedy kosztowała krocie. Kilka lat później każdy miał ją w domu.

      • Chris pisze:

        Różnimy się tym, że Ty ciągle, i ja naprawdę nie rozumiem dlaczego, przywołujesz szmirę jako konkurencję dla arcydzieła literackiego.
        Nie idź tą drogą!!!

        Kiepski autor nie stoi w jednej linii z dobrym, oni nie rywalizują o odbiorcę bo mają diametralnie różnych. Tak jest na każdym polu.

        Widzę szmirę i nauczyłem się ją omijać, a nawet wspominać o jej istnieniu.

  2. Piotr pisze:

    Nie wziąłeś pod uwagę dużo (relatywnie) czytających użytkowników czytników. Fakt, że cena e-książki jest niestety porównywalna z ceną papierowego egzemplarza, no i sam koszt czytników jest relatywnie wyższy niż np. w USA, gdzie są one sprzedawane prawie po kosztach (czy to w Amazonie, czy w Barnes&Nobles).
    Print On Demand to pewnie kwestia czasu, ale to raczej rozwiązanie dla autorów niszowych /małonakładowych pozycji, bo już dla czytelnika niekoniecznie – chyba, że bardzo lubi papier. Niestety ten druk musi być jednostkowo droższy, a w sprzęt inwestują głownie właśnie wydawcy mający więcej pozycji o przewidywalnie niższym nagładzie niż księgarnie. Chociaż chciałbym zobaczyć jak taka księgarnia by funkcjonowała… ale nie na swoje ryzyko 🙂
    PS.
    „(… a fizyczna książka jest łatwiejsza do czytania niż tablet, który potrzebuje baterii, połączenia do internetu etc(…)” – mam Kindla. Czytając godzinę dziennie (czasem dużo dłużej) ładuje go raz na 3 tygodnie. Jak ktoś nie musi czuć zapachu papieru to ma wyłącznie zalety w stosunku do książki.

    • Jakub Müller pisze:

      Czytników używa relatywnie dużo użytkowników, czyli bezwzględnie mało. Nie przeczę, że za rok, dwa ceny tabletów spadną i sytuacja się zmieni. Na razie tablety z zaletami o których piszesz są porównywalne z książkami, więc konsumenci trzymają się tego co już znają. Inaczej mówiąc, na razie książka cyfrowa nie ma takiej przewagi nad tą tradycyjną, żeby ludzie szybko i masowo przestali korzystać z papieru. Muzyka na płycie CD czy jako plik w komputerze jest identyczna, książka – jeśli nie masz czytnika – nie.

      Dzięki Espresso Book Machine, księgarnie będą mogły korzystać z „Długiego ogona”, sprzedając niszowe pozycje, których w formie fizycznej nie opłacałoby się magazynować. Małe księgarnie tego nie kupią, ale na przykład sieci typu Empik?

      • Piotr pisze:

        Ja raczej widzę to jako szansę dla małych księgarni. To jest nisza, którą mogą wykorzystać. Na sieci typu Empik bym nie stawiał, bo te są nastawione dużo bardziej „komercyjnie”. Marża na książkach „gotowych” w Empiku jest spora.
        O ile sam zakup maszyny dla księgarni to dość duży koszt, to już dla jakiejś spółki/wydawcy, w której kilka księgarni ma udział już niekoniecznie.
        Co ciekawe pomysł na maszynę jest z USA, gdzie ma być ratunkiem dla małych księgarni, w których sprzedaż _tradycyjnej_ książki spada. Kto dużo czytał, wciąż to robi.
        Z drugiej strony sam jestem ciekawy jak dużo takich drukarni korzysta z tego teraz w Polsce. Szybkie wyguglowanie i kalkulacja dla 20 kopii książki 300stronicowej z miekką okładką to 10zł/książkę – więc dość niewiele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.