Błąd w systemie

Wojciech Staszewski, dziennikarz „Gazety Wyborczej” zapytał gdzie tkwi błąd w systemie, który sprawia, że dziennikarze tradycyjnych mediów są zwalniani i zarabiają coraz mniej. Staszewski wciąż pracuje, ale nie stać go – jak wyznaje dramatycznie – na weekendowy wyjazd z żoną do Frankfurtu, na maraton. Trafnie odpowiedział mu Michał Olszewski z „Tygodnika Powszechnego”, pisząc że duża część dziennikarzy była i jest grupą społecznie uprzywilejowaną. „Dla czystej ludzkiej przyzwoitości, dziennikarze, którzy pozostali w zawodzie, nie powinni się nad sobą litować, tak, jak w większości przypadków nie litowali się nad górnikami, kolejarzami czy hutnikami. Kiedy zwalniano górnika, była to konieczność dziejowa, kiedy dziennikarz nie może pobiegać we Frankfurcie jest to krzycząca niesprawiedliwość” – pisze. Świetny przykład jak w dwóch zdaniach zawrzeć sedno sprawy.

 
Bardziej ciekawi mnie jednak błąd systemu, o którym pisze, a który nazywa się demonetyzacja. Oznacza zastępowanie informacji analogowej każdego rodzaju przez tańszą i wydajniejszą informację cyfrową. Proces jest bolesny bo obniżając ceny, obniża także pensję Wojciecha Staszewskiego i wszystkich innych twórców: od dziennikarzy przez fotografów, muzyków aż po wydawców encyklopedii – ten ostatni przypadek opisywałem w jednym z poprzednich wpisów. W miejsce podmiotów zarabiających dużo, pojawia się mnóstwo zarabiających trochę, także pośrednio (choćby konsument, który oszczędza umieszczając darmowe ogłoszenie w internecie) i kilka zarabiających mnóstwo – w przypadku mediów do tych ostatnich należy Google. To on przejął pieniądze z reklam, które kiedyś płynęły do gazet w formie ogłoszeń lokalnych czy kampanii wizerunkowych.
Wojciech Orliński pisze, że zmiana rynkowa premiująca coraz wydajniejsze rynki jest naturalna i należy grać zgodnie z systemem. Pełna zgoda, tylko gdzie właściwie jest ta granica, po przekroczeniu której jest się po właściwej stronie? W tradycyjnym kapitalizmie lider rynku miał na przykład 40 proc. udziałów, kolejna firma 30, a dwie kolejne po 10 proc. W Sieci układ sił jest inny. Na dole rynek jest rozdrobniony, tak że nawet małe firmy coś dla siebie uszczkną (tzw. „Długi Ogon” ang. Long Tail), ale w czołówce koncentracja jest dużo większa. Na światowym rynku wyszukiwarek Google ma 91 proc., a kolejni gracze: Yahoo i Bing po około 3 proc. Inaczej mówiąc Google, będący po dobrej stronie granicy, jest coraz silniejszy, a tradycyjne media coraz słabsze. Dlaczego więc w ubiegłym tygodniu, gigant z z siedzibą w kalifornijski Mountain View zgodził się zapłacić francuskim wydawcom prasy 60 milionów dolarów za umieszczanie ich tytułów w wyszukiwarce – oficjalnie da na fundusz na rzecz cyfryzacji prasy czy jakoś tak. Niby nie dużo biorąc pod uwagę, że w 2012 roku dochody Google wyniosły 50 mld dolarów, ale po pierwsze jeszcze niedawno wszyscy eksperci śmiali się, że francuscy wydawcy zwariowali wysuwając jakiekolwiek żądania finansowe, a po drugie pójdą za nimi Niemcy, Belgowie i cała reszta. Eric Schmidt, szef Google zlitował się nad tonącymi?

 
Raczej potrzebuje tworzonych przez nich informacji, które potem zbiera,  indeksuje i wyświetla konsumentom na ekranach laptopów, smartfonów i tabletów, zarabiając miliony na reklamach. Jeśli z Internetu znikną dzienniki, w tym „Gazeta Wyborcza” z reportażami Wojciecha Staszewskiego, tygodniki opinii i miesięczniki, to zabraknie wartościowych informacji i straci na tym Google. Portale internetowe, blogi czy media tworzone przez firmy jeszcze długo nie będą w stanie wypełnić tej luki.

 
Nawiązując do porównań futbolowych Wojciecha Staszewskiego, to Google jest Realem Madryt, a Facebook katalońską Barceloną. Tyle że w każdej lidze giganci potrzebują słabszych drużyn bo bez nich nie ma widowiska. Wtedy kończy się tak jak w Szkocji, w której przez lata rywalizowały dwie drużyny (Celtic i Rangers), a reszta stanowiła tło. W końcu liga była coraz słabsza, giganci coraz silniejsi, aż w końcu na poważnie grali głównie mecze między sobą. Liga nie generowała odpowiednich dochodów za prawa do transmisji telewizyjnych, wielka dwójka zadłużała się chcąc rywalizować z europejskimi rywalami, aż w końcu jeden z nich w zeszłym roku zbankrutował.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Media, Trendy i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Błąd w systemie

  1. Chris pisze:

    Zacznijmy od końca.
    Real Madryt i FC Barcelona grają w lidze, ponieważ władze Primera Division przymykają oko na ich długi. Wiedzą, że tylko tak są w stanie utrzymać zainteresowanie ligą.
    Gdyby spojrzeć na oba kluby z punktu widzenia księgowości, upadłość (ew. układ z wierzycielami) byłaby jedynym rozsądnym wyjściem
    W przypadku Rangers było nieco inaczej. Nie zgodziła się rada ligi, która uznała, że byłoby to niesprawiedliwe wobec pozostałych klubów pilnujących bilansu.

    Faktem jest, że google potrzebuje treści by móc je indeksować. Faktem jest, że tę treść dają serwisy internetowe. Ale też trzeba zauważyć coraz bardziej rozpowszechniony model płatności, który nie tylko pozbawia wielkie G dostępu do tych treści, ale też uniemożliwia jej indeksowanie.
    Oznacza to wprost, że w nadchodzących latach pozycja G będzie słabła. Serwisy bowiem uczą się jak przekuć treść na pieniądze, a G nadal nie tworzy treści samodzielnie.
    A blogi, jak sam wspomniałeś, nie są na tyle atrakcyjne by stanowić samodzielną wartość.

    W kwestii narzekań.
    Sprawa, moim zdaniem powoli się normuje, po początkowym zachłyśnięciu nowymi technologiami, wszystko wraca do równowagi czyli bylejakość (śmieciowa treść oparta na plotce, pomówieniu, nieprzyzwoitych przypuszczeniach) stanowi większość i jest przez byle jaką większość konsumowana. Użytkownik bardziej wyrobiony wie gdzie może zajrzeć i dostanie dobry towar. I tak jak było w erze analogowej, twórcy dobrego towaru prędzej niż później wrócą na swoje pozycje.

  2. Jakub Müller pisze:

    @Chris, więc zacznijmy od futbolu. W przypadku Realu i Barcelony piszesz o przyczynach (przymykanie oka na długi), a Rangersów o skutkach (decyzja Komisji Ligi). A przecież w Szkocji też przez lata przymykano oko na identyczne zjawisko. Właściciele klubu zachowywali się jak hazardziści: wyników w europejskich pucharach brakowało, więc żeby się odkuć kupowali kolejnych zawodników. Następna porażka i kolejne zakupy. Pytanie, dlaczego tak się stało? Celtic i Rangersi, chcieli rywalizować w Europie, z klubami hiszpańskimi czy angielskimi, ale mała liga w której reszta drużyn stanowiła tło, nie była ciekawa dla kibiców z innych krajów (poza meczami derbami Glasgow właśnie), więc nie generowała odpowiednio dużych pieniędzy z transmisji telewizyjnych i od sponsorów. Barcelona i Real na razie mają miliony kibiców na całym świecie bo w lidze hiszpańskiej oprócz nich wciąż są bardzo dobre zespoły: Atletico Madryt, Valencia, Athletic Bilbao. Gdyby ich zabrakło i jedynymi ciekawymi meczami były Gran Derbi to po kilku latach i Real i Barca popadłyby w duże kłopoty.

    To ciekawe co piszesz o słabnącej pozycji Google wraz z rozwojem płatnej treści oferowanej przez serwisy internetowe, pytanie jak szybki będzie ten proces i jaki będzie miał zasięg. Kilka dni temu „New York Times” pochwalił się, że dochody ze sprzedaży (papier+internet) przewyższyły dochody z reklam, ale już „Guardian”, inny wydawca z dużego rynku, mający naprawdę unikalne treści już nie zarabia tak dobrze w Sieci. W Polsce to na razie melodia przyszłości, projekt Piano chyba nie działa zbyt dobrze.

    A co do ostatniej kwestii narzekań, to zgadzam się całkowicie.

  3. Chris pisze:

    Obecna pozycja GR to jasny sygnał dla klubów, że w przyszłości nie będzie pobłażania dla długów, nawet jeśli ktoś ma wieloletnią tradycję i mnóstwo sukcesów na koncie.

    To kwestia bowiem równości wobec prawa. Czy naprawdę nie dziwi Cię, że klub mający kilkadziesiąt czy kilkaset milionów euro długów nadal funkcjonuje, gdy firma mająca znacznie mniejsze długi musi ogłosić upadłość? Mnie dziwi.
    Jestem więc przekonany, że mniejsze kluby w końcu przegłosują zmiany i zadłużeni będą wykluczani.

    Piano to dobry kierunek, ale zły pomysł. Myślę, że płatności będą się rozwijać indywidualnie, przez sms czy paypal, bez konieczności oddawania pośrednikowi znaczącego procentu.
    Największą jednak przeszkodą jest mentalność internauty, który jest przekonany, że w sieci wszystko powinno być za darmo.
    Tymczasem zmienił się tylko nośnik, wartość, niezależnie od gustów, pozostała ta sama.
    Dlaczego więc ma być za darmo?

  4. Jakub Müller pisze:

    Chciałbym żeby wszystkie kluby miały zrównoważone budżety, tak jak w Bundeslidze, ale też wiem, że piłka to nie jest zwykły biznes. Dużą rolę odgrywa tradycja, zakorzenienie w lokalnej społeczności, poparcie polityków. Real i Barcelona mają potężne długi, a i tak zawsze znajdzie się bank, chętny udzielić pożyczki. Z GR było inaczej ze względu na skalę rozrzutności w połączeniu z kiepskim szkoleniem młodzieży w Szkocji, który odcinał dopływ nowych zawodników.

    Zmiana nośnika to bardzo dużo, rewolucja. Niski koszt marginalny w Internecie sprawił, że pojawiły się podmioty żyjące z agregowania cudzych treści, albo publikowania przykuwającego uwagę, bezwartościowego lol contentu. Przez niską barierę wejścia konkurencja jest olbrzymia, więc odbiorca trafiając na płatną treść, z reguły rezygnuje i szuka darmowej alternatywy. Żeby się przebić trzeba mieć naprawdę unikalne treści. Z należących do Piano interesuje mnie tylko „Duży Format”, po co mam płacić za cały pakiet, w tym publicystykę?

  5. Chris pisze:

    Nie mogę się zgodzić z żadnym z powyższych.
    Dla biegłego rewidenta nie ma znaczenia ilu mieszkańców Madrytu jest za Realem a ilu za Atletico. Nie interesuje go również liczba trofeów na półce u prezesa Barcy. Są reguły, które stanowią, że klub ma wydawać nie więcej niż zarabia, więc każdy kto nie spełnia reguł robi wypad… niezależnie od pozycji. To jest przyszłość piłki nożnej. Niedaleka, bowiem małe kluby coraz częściej protestują przeciw podziałowi zysków z transmisji czy też sposobom eliminacji do kluczowych rozgrywek.

    Zmiana nośnika nie wpłynęła na obniżenie kosztów! Zmiana nośnika spowodowała prosty przepływ tychże na inne pola. Wydajny serwer, kosztuje krocie, systemy zliczania pobrań, systemy naliczania opłat, administratorzy dostępni 24/7.

    Nie rozumiem ubolewania nad śmieciową konkurencją. Kiedyś idąc do kiosku, nie przeglądałem całej półki z gazetami, tylko sięgałem po ten tytuł, po który przyszedłem. W internecie jest podobnie. Nie szukam informacji po omacku, wchodzę tam, gdzie wiem, że informację znajdę. Zatem śmieciowe portale nawet przez chwilę nie uświadczą mojej obecności, niezależnie od tego jak łatwo przyszło im stworzyć swoją zawartość.

    Trzymając się sportowego klucza. Po wyniki premiership sięgam na stronę premiership nie zaś onetu czy pudelka.

    Powtórzę kolejny raz. Zmienił się nośnik, ale metody tworzenia wartościowej treści są cały czas takie same i tak samo kosztowne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.