Głos w dyskusji o piractwie, po wywiadzie z Hirkiem Wroną

Na muzyce znam się słabo, ale tym jak internet zmienia kolejne rynki i branże interesuję się od dawna. Najczęściej piszę o tym na blogu, przy okazji dyskusji o piractwie, głównie muzycznym i filmowym. Tak było kilka miesięcy temu, gdy Wszystko Wiedzący Przedstawiciel Wytwórni Płytowej nazwał lekkoatletę Tomasza Majewskiego złodziejem , pokazując, że duża część branży nie rozumie zmian, które zaszły w ostatnich latach. Odnosząc się do dyskusji pod tamtym wpisem, opisałem dlaczego wszystkie informacje, które trafią do internetu prędzej czy później staną się darmowe.

Temat wrócił kilka dni temu z kampanią społeczną „Prawo Kultury” Fundacji Nowoczesna Polska, która dowodzi że dzielenie się muzyką, filmami czy książkami jest zgodne z prawem. Nie znam się na kwestiach prawnych związanych z prawem autorskim, ale pisze o nich Piotr VaGla Waglowski.

Oczywiście, żeby było weselej od razu wypowiedział się Związek Producentów Audio-Video, którzy dotychczas w dyskusji o piractwie tylko bił nas po głowach hasłami „złodziej, złodziej, złodziej”. Teraz przedstawiciele wytwórni zorientowali się, że to co mówili wcześniej było jakby niehalo, więc twierdzą że „w sensie prawnym wszystko jest w porządku, ale ściąganie muzyki z internetu jest okradaniem artystów i działanie na szkodę kultury”. Rany, jak ja lubię takie emocjonalne argumenty. Ok, wytwórnie mają swoje racje, ale absurdem jest całkowite utożsamianie kultury z interesem branży muzycznej. Na rynku jest więcej zespołów i muzyki niż kiedykolwiek. Pomimo mnóstwa darmowej pirackiej muzyki, w 2008 roku iTunes, największy sklep muzyczny na świecie, dodał do swojego katalogu 4 miliony nowych piosenek. To 400 tys. nowych płyt! Gdzie te szkody dla kultury?

Dyskusję rozniecił ostatnio wywiad z Hirkiem Wroną. Z wywiadem mam problem. Hirek wypowiada się inaczej niż wytwórnie, jest gotowy do dyskusji, rozumie Internet, Creative Commons, no i waży racje obu stron. Do tego jest od lat zażartym kibicem Manchesteru United – o czym jakoś trudno mi zapomnieć, gdy patrzę na koszulkę Man Utd. z podpisem Ryana Giggsa, która wisi na mojej ścianie. Niestety w kilku istotnych kwestiach związanych piractwem, z Hirkiem Wroną się po prostu nie zgadzam.

To, że jego firma producencka jest bliska bankructwa jest przykre, podobnie czują się przedstawiciele wszystkich branż które w których internet obniżył ceny, bo jedną z tych cen jest ich pensja. Tak samo jest w mediach. Piszę do portal internetowego, ale współpracując od czasu do czasu magazynami drukowanymi, widzę że choć tworzą wartościową treść, rynek jest coraz trudniejszy. Na pewno nie pociesza ich diagnoza Chrisa Andersona, który w książce „Za Darmo” pisze że wartości którą daje internet nie można mierzyć wyłącznie finansami. Przykładem rynek encyklopedii, który w 1991 roku warty był 1,2 mld. dolarów. Liderem była Brittanica, której kosztujący 1 tys. dolarów zestaw encyklopedii zapewniał przychody rzędu 650 mln. dolarów. W 1993 roku Microsoft wypuszcza encyklopedię Encarta na CD-ROM za 99 dolarów. W ciągu zaledwie pięciu lat rynek encyklopedii zmniejsza się o połowę. Każdy dolar Microsoftu odbiera tradycyjnej konkurencji sześć dolarów. Bill Gates triumfował? Nie, w 2009 roku zlikwidował Encartę. internet odebrał biznes także jemu – wszyscy korzystali z darmowej, w pełni cyfrowej Wikipedii. Wartością Brittanicy była kombinacja bezpośrednich dochodów ze sprzedaży i zwiększona wiedza tych których było na nią stać. Wikipedia bezpośrednio nie zarabia nic, ale zwiększa wiedzę nas wszystkich. Jak słusznie pisze Anderson „internet zmienia przemysły miliardowe w milionowe, ale zysk nie znika, jak mogłoby się wydawać, ale „wycieka” i jest redystrybuowany w sposób, który trudno zmierzyć”.

Wielu muzyków znalazło sposób na zarabianie w Sieci. Hirek Wrona zdawkowo wspomina Prince’a, który znalazł receptę na spadek sprzedaży, publikując fragmenty koncertów w internecie. Warto sprawę opisać dokładniej. W 2007 roku Prince dołączył album Planet Earth do 2,8 miliona egzemplarzy niedzielnego „Daily Mail”. Nie był to typowy album dołączany do gazet, ale kompletnie nowy materiał. No i jak na tym zarobił Prince, skoro zamiast 2 dolarów od płyty za licencję, wziął od „Daily Mail” zaledwie 36 centów, więc zamiast 5,6 miliona dolarów zarobił 1 milion? Nadrobił to z nawiązką na koncertach sprzedając wszystkie bilety w londyńskiej O2 Arena. Zarobił absolutnie rekordowe 18,8 miliona dolarów. „Daily Mail” stracił na produkcji płyty 700 tys. dolarów, ale sprzedaż wzrosła tamtego dnia o 20 proc., a wzmocniona marka przyciągnęła reklamodawców. W efekcie jej zyski wzrosły.

Szkoda, że Hirek Wrona nie odniósł się szerzej do słów dziennikarza, który zauważył że ściągnięcie wydanej przez niego płyty Mroza, 200 tys. razy, nie oznacza że tyle samo osób kupiłoby płytę. A gdyby tak muzykę Mroza rozdać za darmo? Oczywiście w przemyślany sposób. Legalne ściągnięcie płyty wymagałoby zostawienia nie tylko nazwiska, ale także adresu e-mail i kodu pocztowego. Ściągający musiałby też zarekomendować płytę pięciu osobom, podając ich adresy (z zastrzeżeniem producenta, że nie będzie ich przechowywał), które być może także ściągną płytę. Załóżmy, że w ten sposób przez 3 miesiące rozdałby 80 tys. płyt, zyskując potężną bazę danych. Teraz wystarczy posegmentować według kodów pocztowych, aby wiedzieć, gdzie geograficznie mieszkają fani i wysłać indywidualne, spersonalizowane e-maile od Mroza. Brzmi absurdalnie? W ten sposób karierę zrobił amerykański niszowy artysta Derek Webb zarabiając na koncertach i sprzedaży gadżetów.

Dyskusja będzie trwała bo trudno mi uwierzyć, że długofalowe skutki przyniesie odcinanie od Internetu po trzech ostrzeżeniach, tych którzy ściągają z Sieci muzykę czy filmy. W 2005 roku amerykański Sąd Najwyższy zakwestionował legalność programów do wymiany plików Grokster czy Stream Cast Networks. Media natychmiast obwieściły triumf tradycyjnego przemysłu muzycznego. Kontrrewolucja trwała krótko, zakończyła ją rosnąca popularność programu BitTorrent, który nie mając wad prawnych poprzedników, jeszcze ułatwił ściąganie plików.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Media, Prawo, Społeczność, Trendy i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Głos w dyskusji o piractwie, po wywiadzie z Hirkiem Wroną

  1. Chris pisze:

    Swego czasu namawiałem pewnego pana, by jako piewca wolności treści, swoją książkę rozdawał za darmo. Nie przyszło mu to wcale do głowy, nadal ją sprzedaje w cenie, bodaj 50 PLN, od sztuki.

    Problem tkwi w tym, że postulujący zmiany, chcą na siłę, w imię niewiadomoczego, uszczęśliwiać tych, którzy:
    a) wymyślili teksty i skomponowali muzykę,
    b) wyprodukowali płyty,
    c) chcą wedle własnego uznania udostępniać materiał, którego są prawnym dysponentem.

    Czyż bowiem w obecnych czasach ktokolwiek zabrania rozdawania własności intelektualnej? NIE. Nikt nie zabrania, można to śmiało czynić.
    Jest wybór. Można być staromodnym i sprzedawać płyty, można być postępowym i dawać za darmo.
    Niech każdy robi to co uzna za korzystniejsze, NIE ZMUSZAJĄC innych do takiego samego modelu.

  2. Jakub Müller pisze:

    @Chris, akurat rynek książek trzyma się całkiem nieźle, bo większość ludzi wciąż woli czytać je w formie papierowej, niż na ekranie. Problemem autorów muzyki czy tekstów nie są Ci, którzy postulują zmiany, ale rewolucja technologiczna. Tak samo mógłbyś zapytać, kto zmusza prasę do umieszczania darmowej treści w internecie, choć jej stworzenie kosztuje, a zyski są niewielkie? Oczywiście nikt nie ściąga z Sieci artykułów, tak jak muzyki, ale efekt jest podobny. Tygodnik opublikuje w papierze głośny czy ważny artykuł, a serwisy internetowe szybko zamieszczą jego streszczenie, na prawach cytatu.

  3. Chris pisze:

    Każdy kto bierze w ramach „cytatu” cały artykuł, jest zwyczajnym złodziejem. To jest oczywiste i niepodważalne tak jak to, że złodziejem jest ten, kto w celu zarobkowym udostępnia kradzione utwory.

    Wydawca może udostępniać za darmo, bo takie ma prawo wynikające z posiadania praw do treści. I to jest ok do momentu,w którym ten wydawca zacznie krzyczeć, że wszyscy mają za darmo dawać.

    Powtórzę.
    Niezależnie od postępu, każdy ma prawo czynić ze swoją treścią to co uzna za stosowne. Odbiorca może zgodzić się na warunki albo poszukać innego dostawcy treści.

  4. Pingback: Błąd w systemie | Jakub Müller

  5. Pingback: YouTube chce być telewizją sportową przyszłości | MŰLLER BLOG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.