Wrocław na bańce

W niedzielę wieczorem robiąc przegląd artykułów marketingowych, zboczyłem z tematu trafiając na ciekawy tekst, w którym Wojciech Szymański opisuje w „Gazecie Wyborczej” wizerunkowe problemy prezydenta Wrocławia, Rafał Dutkiewicza. Nie mogę tego nie skomentować, bo do wizerunku „miasta sukcesu” lansowanego przez Dutkiewicza od dawna miałem stosunek sceptyczny. Od razu przyznaję się też do niekompetencji bo choć Wrocław lubię i odwiedzam, to patrzę z pewnej oddali, nie zauważając pewnie wielu niuansów dla mieszkańców oczywistych.

Od kilku lat zestawiałem pojawiającej się niektóre hiperoptymistyczne informacje o Wrocławiu z twardymi danymi. Tak było z głośną akcją namawiania emigrantów z Wysp Brytyjskich do powrotu i zamieszkania we Wrocławiu, w którym jest praca i wysokie pensje dla młodych. Pod względem komunikacyjnym akcja była świetna, zapewniła spory rozgłos. Jeden z warszawskich taksówkarzy opowiadał mi w 2007 roku, że we Wrocławiu pensje są wyższe niż w Warszawie. Mam tylko nadzieję, że nikt w Anglii nie wziął akcji na serio, a jeśli przeprowadził się do Wrocławia to z innych powodów niż obietnice kampanii. Inaczej mogło się skończyć jakimś dramatem. Jak wskazywały wtedy dane GUS, pensje we Wrocławiu były statystycznie niższe niż – nie, nie w Londynie – ale i w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku czy w Krakowie. Podobnie było z innymi wskaźnikami takimi jak choćby bezrobocie. O lekko przegrzanej marce miasta mówił mi też na początku 2008 roku w wywiadzie Mateusz Zmyślony. A może zarządzanie marką miasta było dobre, a pewne przegrzanie nieuniknione?

Trudno odbierać Dutkiewiczowi miano jednego z najlepszych samorządowców. Przez pierwsze lata urzędowania zapewnił miastu bezprecedensowy sukces: jako pierwszy postawił na budowę wizerunku z rozmachem, kopiowanym później przez inne ośrodki. Co więcej we wszystkich miastach wyścig pod hasłem „kto szybciej wyda unijną kasę” przyniósł nietrafione inwestycje. Zamieszanie wynika z tego, że we Wrocławiu balon napompowano niebotycznie, jeśli spojrzeć na skalę potknięcie się Dutkiewicza na stadionie. W pozostałych miastach na stadionach gospodarzami są silne od lat drużyny ligowe, utrzymywane przez właścicieli-miliarderów. Dutkiewicz tymczasem wymyślił, że równocześnie z budową stadionu, stworzy drużynę za pieniądz miasta i Zygmunta Solorza. Jakie to proste:  miliardy wydane na stadion i na piłkarzy, zapewniają sukcesy sportowe, co z kolei zapewnia frekwencję i zyski z organizacji imprez na stadionie.  #Chybaniebardzo można odpowiedzieć hashtagiem. To przykład bańki spekulacyjnej, które powstają gdy pod wpływem istotnych wydarzeń jak wynalazki, odkrycia geograficzne czy, tak jak tutaj, przyznanie organizacji Mistrzostw Europy w piłce nożnej, pojawia się wiara w narodziny nowego rynku. Ten ma szybko i nieustannie zyskiwać na wartości, więc nie można na nim stracić, a jedynie zarobić ,po jakimś czasie sprzedając z zyskiem. Pojawia się kapitał, zgodnie z zasadami instynktu stadnego wszyscy inwestują w to samo, coraz mniej zwracając uwagę na ryzyko, aż w końcu bańka pęka. Tak samo wrocławski pomysł na piłkę nożną przypomina coraz szybszą jazdę na rowerze ze stromej góry, która właśnie kończy się wyrżnięciem przez kierownicę. Stadionowe imprezy przynoszą straty: na meczu Brazylia – Japonia stracono pół miliona złotych, na walce Adamka z Kliczką i koncercie George’a Michaela 5 milionów, a na turnieju Polish Masters i koncercie Queen 10 milionów. Miasto dokłada nie tylko do obiektu, ale i do drużyny. Nie ma wyjścia bo Solorz pieniędzy nie daje, a jeśli nie będzie silnej drużyny to w ogóle stadion będzie można zamknąć.

Według jednego z miejscowych radnych „prezydent przestał wsłuchiwać się w krytyczne opinie”. Każda wiadomość, która podważa pozycję nr 1 Wrocławia, jest traktowana jako wrogi atak, agencji ratingowej po niekorzystnej dla miasta decyzji odpowiedziano, że „nie zna się na ekonomii”. To dość częsta przypadłość, wręcz ich choroba zawodowa, ludzi sprawujących władzę. Według badań, które przeprowadzili amerykańscy psychologowie Adam Galinsky i Cameron Anderson, osoby mające władzę przyjmują nadmiernie optymistyczną perspektywę. Przewidują większą szansę odniesienia sukcesu, a jednocześnie nie doceniają możliwości wystąpienia negatywnych zdarzeń.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Marketing polityczny i miejsc i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na „Wrocław na bańce

  1. Chris pisze:

    Wrocławski pomysł na piłkę nożną trwa od 1947 roku. To wystarczająco długo, by mówić o tradycji a WKS jest wystarczająco zakorzeniony w świadomości Wrocławian, by stanowić silną markę w przyszłości (Podobnie jak przez wiele lat koszykarski WKS Śląsk stanowił siłę w polskiej koszykówce).

    Wymaga to po pierwsze inwestycji, po drugie czasu. Pech chce, że w Polsce jest kłopot z jednym i drugim. Sponsorzy, którzy budowali swoje firmy latami, nie potrafią zrozumieć, że podobnie latami pracuje się na sportowe wyniki. Że nie da się z dnia na dzień wygrać ligi, w dalszej kolejności pucharów a na deser mundialu.
    Trzeba inwestować i pracować. Trzeba wykształcić trampkarzy, by mieć zdolnych juniorów a potem seniorów…


    Ktoś kto ocenia poziom sportowy drużyny po roku czy dwóch, zwyczajnie nie ma pojęcia o czym pisze, i lepiej byłoby dlań, nie zabierać głosu, bowiem można tylko się ośmieszyć.

    Przy okazji. Niedawno słyszałem wypowiedź eksperta, który twierdził, że stadion zaczyna zarabiać najwcześniej w piątym roku użytkowania.

    Stadion nie jest maszynką do zarabiania łatwych pieniędzy, stadion jest długofalową inwestycją, co więcej, wymagającą mądrego zarządzania przez kogoś z pomysłem, wizją, strategią. Ktoś kto instrumentalnie traktuje takie obiekty, nigdy nie będzie dobrym zarządcą pod rządami którego pojawią się zyski. W Polsce, w sektorze publicznym o menadżerów z prawdziwego zdarzenia trudno, bo gminy i miasta nie chcą i nie mogą płacić normalnych kontraktów.

  2. Jakub Müller pisze:

    @Chris, wrocławski pomysł na piłkę nożną trwa od 1947 roku. Pomysł na piłkę Rafała Dutkiewicza i jego otoczenia, trwa od 2009 roku, czyli od namówienia do współpracy Solorza – i jest zły, przynajmniej na razie. Masz rację, gdy piszesz, że potrzeba cierpliwości, inwestycji, szkolenia trampkarzy i juniorów. Tyle że coś takiego mogą robić prywatni właściciele za swoje pieniądze, bo piłka specyficzny biznes. O ile w zwykłych firmach sukces zapewnia przyciąganie klientów i jednocześnie trzymanie w ryzach kosztów, o tyle w futbolu, klientów (czyli kibiców) przyciąga właśnie zwiększanie kosztów za sprawą transferów i wysokich pensji.

    W sytuacji gdy Solorza nie interesuje piłka i Śląsk, tylko szybkie zyski, kończy się tak, że gdy koszty wzrosły, a zyski nie nadeszły, to po prostu przestał płacić. Miasto musi finansować mało perspektywiczną, ale drogą w utrzymaniu drużynę gwiazd, co gorsza niezwiązanych z lokalną społecznością (Voskamp, Diaz).

    • Chris pisze:

      W normalnych warunkach sponsor któremu odwidziało się wypełniać podpisane kontrakty, poszedłby z torbami i NIGDY nie wrócił do sportu, o biznesie nie wspominając.
      Niezmiennie mnie dziwi, że delikwent może uznać jeden klub za niedochodowy i z niego nagle wyjść nie płacąc, by za chwilę wejść w kolejny. Ale to jest temat dla prawników.

      Więc w sytuacji gdy Solorza nie interesuje kontrakt który zawarł, o zobowiązaniach przypomnieć mu powinien sąd. A potem wilczy bilet.

  3. Jakub Müller pisze:

    Naprawdę uważasz Solorza za sponsora? Przecież mówił wyraźnie, że nie chce być sponsorem klubu i nigdy nie był tym zainteresowany. Nie interesuje się też piłką. Inaczej mówiąc nie zachodzi żaden z dwóch istotnych warunków niezbędnych do wspierania klubu przez biznes: albo nadzieja na korzyści sponsoringowe, albo osobista sympatia właściciela do piłki nożnej.

    Solorz został namówiony przez Dutkiewicza na dziwny układ, rodzaj partnerstwa publiczno-prywatngo i obietnicę przyszłych zysków. Typowa bańka spekulacyjna.

    • Chris pisze:

      To nie jest kwestia wiary, tylko zobowiązań.

      Niedawno czytałem o tym, jak zbankrutował pewien trzecioligowy klub piłkarski, bo główny sponsor… gdy okazało się, że nie może dyrygować trenerem i zawodnikami wedle uznania, odszedł do …. klubu konkurencyjnego grającego 200km dalej.
      Zostawił po sobie smród i niezapłacone rachunki.

      Dla mnie taki podmiot powinien być sądownie zmuszony do pokrycia strat oraz mieć zakaz wchodzenia w profesjonalny sport przez x lat albo dożywotnio.

  4. Pingback: Olimpiada 2022 | Jakub Müller

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.